Za mało czasu upłynęło od ukazania się książki* nie wiadomo więc, czy zdobędzie należne jej uznanie. Nie będzie z pewnością głośno promowana, toteż szanse na popularność są małe. A szkoda, by umknęła uwadze czytelników ze względu na istotne walory, jakie posiada. Przedstawia bowiem losy polskiej rodziny ze wschodnich rubieży, którą łączy wzajemna miłość, wiara i znany u tych rodaków patriotyzm, a dzielą losy jej członków, które rzuciły ich na różne kontynenty (Azja, Ameryka, Australia) i do wielu krajów (m.in. Francja, Szwecja, Niemcy).
Autorka wyemigrowała do Szwecji. W okresie stanu wojennego organizowała pomoc żywnościową i medyczną dla Polski. Jest córką znanego w Poznaniu, zasłużonego lekarza i antropologa, który prowadził badania w okolicach Ostrowa Lednickiego. W tamtejszym Muzeum Pierwszych Piastów zrekonstruowano jego pracownię.
Aby przedstawić historię swej rodziny, autorka musiała przebyć około 150 tysięcy kilometrów. Opowieść, którą sama nazywa beletrystyką faktu, rozpoczyna się w Kanadzie, dokąd przyjechała, by odwiedzić chorą ciotkę. Widzi ją zresztą - podobnie jak pozostałych krewnych rozsianych po całym świecie - po raz pierwszy. W rozmowie z nią zagłębia się w szczegóły rodzinne, co staje się bodźcem do podjęcia kolejnych podróży w poszukiwaniu bliskich i dalszego zapisywania ich losów.
Z opisem wnikliwie uchwyconych podobieństw i różnic przesuwają się przed naszymi oczyma różne kraje. Najbardziej skupia jednak uwagę historia rodziny, której kolebką jest Mińsk Białoruski. Sięga ona czasów sprzed pierwszej wojny światowej, poprzez rewolucję październikową, po dzień dzisiejszy. Choć życie w innym świecie sowieckich łagrów opisało już wielu autorów, jak choćby Sołżenicyn czy Herling-Grudziński, to jednak tu perspektywa wydaje się jakby bardziej rodzinna, a przez to wnikliwsza i pełniejsza. Jakże wymowne jest na przykład opowiadanie stryja, który przyjechał (z ZSRR) z wycieczką do Polski, o tym jak to pewna babuszka zwierzała się przyjaciółce, że odnalazła syna po pięćdziesięciu latach. A jak go rozpoznałaś? - pyta przyjaciółka. Po płaszczu - odpowiada tamta. A ja - dodaje stryj - początkowo nie rozpoznany nawet przez matkę płaszcza nie miałem.
Koncepcję książki zrodziło samo życie. Autorka słuchała opowieści członków rodziny, notowała i nagrywała, a następnie uzupełniała je fragmentami listów, pamiętników i różnymi dokumentami. Ludzie opisani w tej książce - pisze - dali mi klucz do swego losu. Może komuś przyda się moje życie - powiedział jeden z nich. [...] Nie wystarczyłoby mi fantazji, aby wymyślić taką fabułę - dodaje autorka. A chowając zmarłą w Kanadzie ciotkę, rozmyśla: Nie chowają byle kogo - powiedziałaby ciotka. I miałaby rację. Bo przecież nigdy nie rodzi się byle kto. I byle kto nie umiera.



